Popularne posty

czwartek, 28 października 2010

Tydzień miłości - część 1: Danang, czyli o tym jak zakochałam się w samotnych podróżach

To był tydzień miłości. Zakochałam się i kochałam. Nawet nie wiem czy ze wzajemnością - Wietnam nie jest wdzięcznym odbiorcą miłości. Ma raczej ciężki charakter. Na początku odpycha i przeraża. Ale jest trochę jak doktor House. Jak się przebić przez jego skorupę, to się okazuje, że to naprawdę sympatyczne miejsce...

Czas na część pierwszą moich opowieści. Jak w tytule ;)

Początek podróży był prosty. Trzeba było tylko dotrzeć na samolot, wsiąść do niego i dolecieć do Danang. Nie było tu miejsca na zmiany i improwizację. A że ja nienawidzę stabilności i pewności gdzie będę i co będę robić nie mogłam się zdecydować na hotel. Tym bardziej, że w Danang wylądowałam dość późno, bo około 21. Ostateczną decyzję podjęłam stojąc już na ulicy w Danang. Zostaję w Hoa's Place! I to była najlepsza decyzja jaką mogłam podjąć. Pokoje nie były szczególne - ot łóżko, kibelek i prysznic. Ale po co komu więcej? Tym bardziej, że taniocha. Ale szybko przekonałam się, dlaczego to miejsce jest tak sławne i tak lubione przez turystów. Możliwość wspólnego siedzenia przy dużym stole, przy świetnym jedzonku, popijając piwko z ludźmi z całego świata... Hoa i jego żona sami dbają o to, żeby panowała tu ciepła rodzinna atmosfera... I mają najlepsze sajgonki w całym Wietnamie! Utknęłam w tym miejscu na całe 3 wieczory, chociaż planowałam zostać tylko jeden.
Hoa we własnej osobie

Pierwszego dnia ruszyłam na zwiedzanie Danang. Są 3 główne punkty wycieczki. Zaczęłam od Muzeum Rzeźby Czampskiej. Jeden z największych (jeśli nie największy) zbiór Czampskich rzeźb i płaskorzeźb. W iście wietnamskim stylu gabloty pokrywa gruba warstwa kurzu... Na szczęście nie było dużo ludzi więc mogłam popstrykać parę fotek (których generalnie robić tam nie wolno). Znajdziecie w tym muzeum takie perełki:





Tak woli wyjaśnienia. Ta Pani u góry tańczy. Zastanawiałam się patrząc na tą rzeźbę dlaczego ona jest w takiej dziwnej pozie. Nie chciałabym zarzucać starożytnemu artyście braku talentu do odwzorowywania ludzkiej sylwetki, bo wszystkie inne rzeźby temu przeczyły. Ale ona zdecydowanie nie wygląda jak tańcząca... Przynajmniej dla mnie. Zagadka rozwiązała się w My Son. Ale o tym będzie następna fotka. Powiem tylko, że oni NAPRAWDĘ tak tańczyli. I to był najdziwniejszy taniec jaki kiedykolwiek widziałam :P

No ale wracając do naszego muzeum. Po przejściu paru pomieszczeń, pozachwycaniu się dbałością o szczegóły, obcowaniu z historią (z którą jak wiecie nigdy nie byłam za pan brat) trafiłam na coś, co sprawiło, że stanęłam jak wryta. Wmurowało mnie totalnie. Przed tą gablotą spędziłam sporo czasu ;) Powiększcie sobie to zdjęcie.




Wiecie? Jakoś nigdy nie przejawiałam specjalnych oznak wybitnego patriotyzmu. Czuję się raczej dzieckiem globalnej wioski, a podziały administracyjne zawsze wydawały mi się sztuczne. Ale mimo wszystko jak się jest tak daleko od Polski wszelkie znaki świadczące o tym, że ktoś tutaj wie o jej istnieniu są w jakimś stopniu zachwycające. Nawet poczułam jakąś swego rodzaju dumę patrząc na tą gablotę. Ale było mi również bardzo miło, kiedy kanadyjka którą poznałam w Hoa's Place powiedziała, że jej ex-facet jest Polakiem i potrafiła powiedzieć parę słów po polsku. Albo kiedy pewien Wietnamczyk jak dowiedział się, że jestem z Polski pokazał mi widokówkę z Torunia (!!!) którą kiedyś dostał i wspominał Jana Pawła II (to w drodze do Hoi An - czyli następna notka). Albo kiedy podpity (no dobra, pijany - imprezował z kumplami w Wietnamie :P) Anglik, którego poznałam w HaNoi w Backpacker's Hotel, opowiadał jak to lubi polskie dziewczyny, ale nie lubi polskich facetów. I że dużo Polaków w Anglii. I nawet oprócz "ku*a" i "spie*laj" potrafił powiedzieć "poziomka", "truskawka", "pomarańcza", "czereśnia" i parę innych owoców. Nie pytajcie mnie dlaczego akurat owoce i skąd ich tyle znał. Ale to było miłe. ;) Ot, taka dłuższa dygresja mi się zrobiła...

W każdym razie czas wrócić do tematu. Po wyjściu z muzeum natrafiłam na pewnego przesympatycznego Wietnamczyka, który zaproponował mi obwiezienie po okolicy motorem. O dziwo świetnie mówił po angielsku - to się rzadko zdarza. Po dłuższych negocjacjach ubiliśmy targu ;) A przy okazji kupił mi bardzo tanio wodę i pastę do zębów ;P Tak więc pomykając zatłoczonymi ulicami miasta dotarliśmy do Pagody Phap Lam. Można tam znaleźć 3 ogromne pomniki Buddy na zewnątrz i naprawdę potężny w środku.





 Naprawdę robią wrażenie, wierzcie mi. Ale Pagoda jak to Pagoda. Ciężko napatrzeć się na bogactwo szczegółów i ornamentów. Mogłabym siedzieć tam godzinami...






Niestety siedzenie godzinami w Pagodzie nie wchodziło w grę. Punkt następny: Katedra Danang. Katolicka tym razem. Przez "tambylców" znana jako Kościół Con Ga - czyli Kościół Koguta... Nie mam pojęcia czemu. Jest bardzo wysoka, w typowo europejskim stylu (w końcu wybudowana przez Francuzów jakby nie patrzeć) i... różowa....


A w środku można znaleźć całkiem ładne witraże ze scenami z Biblii i obrazami świętych. Panuje tam spokój i cisza. Taka akurat do zadumy...





Ale ja niespecjalnie w sentymentalnym nastroju byłam, więc po pozachwycaniu się wspaniałościami ruszyłam aby zobaczyć Świątynię Cao Dai. Wg mojego przewodnika jest to druga pod względem wielkości tego typu struktura w Wietnamie. Ale nie przedstawia się jakoś wyjątkowo imponująco. W każdym razie nie pod względem wielkości. Ale sama religia jest dość interesująca... Trzecia pod względem liczby wyznawców w Wietnamie, mocno upolityczniona, łącząca w sobie różne elementy z buddyzmu, konfucjanizmu, chrześcijaństwa, hinduizmu, islamu, judaizmu i taoizmu. Ot. Dla każdego coś dobrego. Cao Dai oznacza Królestwo Niebieskie. Wierzą w jednego Boga, który wysłał różnych proroków, aby stworzyli różne religie (Buddę, Chrystusa, Mahometta etc). Ale że prawda jest jedna. Całkiem to rozsądne, nie? Bóg symbolizowany tu jest przez Boskie Oko. Powtarzając za Wikipedią: "w szczególności lewe oko, ponieważ Yang jest stroną lewą a Bóg jest mistrzem Yang" (źródło: http://en.wikipedia.org/wiki/Cao_Dai ) Hmmm... Nie przychodzi mi błyskotliwy komentarz do głowy ;P Przejdźmy zatem do fotek ;)




Ma ktoś pomysł jak rozpoznać, że to oko jest lewe a nie prawe?


Ale wystarczy o oczach. Jest jeszcze jedno miejsce, które koniecznie trzeba odwiedzić. Z każdego miejsca na plaży w Danang widać kolejny, ogromny posąg Buddy. Góruje nad miastem prawie tak, jak posąg Chrystusa nad Rio de Janeiro. Serio można dostrzec podobieństwo ;)

To Rio de Janeiro
A to Danang ;)

Posąg stoi na tak zwanej Małpiej wyspie. Spory kawałek od centrum. Wiedzie do niej taki most:


A po drodze jedzie się wśród plaży gdzie można podziwiać takie widoki:




A potem długo, długo w górę. Aż w końcu docieramy do pięknej Pagody z pięknymi widokami. Sam posąg wg mojego przewodnika ma 62 metry i naprawdę robi wrażenie. Na zdjęciu niżej przy prawym wejściu stoi sobie człowieczek. Da Wam wyobrażenie o tym jak ogromna jest to budowla.










A w drodze powrotnej do hotelu zahaczyliśmy o muzeum Ho Chi Minh. Niestety było zamknięte, więc mogłam tylko popodziwiać niektóre eksponaty przez bramę. A oto i część z nich.




A poniżej macie przykład jednego z licznych plakatów propagandowych w tym kraju. Ostatnio dowiedziałam się zresztą, że studenci uczą się tworzenia plakatów propagandowych na uczelniach artystycznych w ramach kierunków związanych ze sztuką użytkową...


Wielkim plusem Hoa's Place jest to, że znajduje się jakieś 150m od plaży. Morze jest cudowne: bardzo ciepłe, z dużymi falami i bardzo słone. A plaża czysta i piaszczysta ;) 




I można na niej znaleźć ciekawe zwierzątka ;) Jak na przykład kraby. Takie malutkie i zabawne. Australijczyk twierdzi, że oni nazywają go "Ghost Crab" czyli Krab Duch. Nazwa nawet adekwatna... Ale ma takie fajne duże oczy... ;)

Jeszcze tego samego dnia wybrałam się w Marmurowe Góry, które znajdują się jakieś 10km od centrum Danang, a jakieś 2 od Hoa's Place. Góry są naprawdę marmurowe. Zresztą spora część tutejszej ludności żyje ze sprzedaży malutkich, średnich albo całkiem ogromnych figur(ek) marmurowych. Oczywiście wyrabianych całkiem na ulicy. Góry robią niesamowite wrażenie (chociaż figury też). Nie są jak nasze góry, łagodnie opadające w dół. Wyglądają jakby nagle wyrosły spod ziemi. W pewnym momencie stajesz po prostu przed pionową ścianą... Zresztą zobaczcie sami. Wytyczony został szlak, na którym mija się małe świątynie, wchodzi na szczyty, przechodzi przez ciemne jaskinie. Całość spaceru zajmuje jakieś 2 godzinki i jest dość męcząca, ale widoki wynagradzają wszelkie zmęczenie...



































 Całkiem fajne, prawda? ;)

Jako że powoli zaczęło się ściemniać czas było wracać do Hoa's Place. Na następny dzień na 7 rano umówiona byłam na motorową wycieczkę do My Son i Hoi An. A tym czasem miałam okazję trochę popływać w morzu a o 19 zjeść ze wszystkimi obiad... A potem siedzieć długo przy piwie rozmawiając o niczym i o wszystkim. Aż pewien Holender zaproponował, żebyśmy wybrali się na dyskotekę... Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że koleś ma ponad 50 lat. Niestety jako że lało zdecydowaliśmy się tylko ja, wspomniany już holender (a może duńczyk? Sama już nie pamiętam - ale mieszka od wielu lat w Danang), któremu na imię było Andre, oraz Byrne - australijczyk (ten szczęśliwie już dla mnie 24 letni :P). Impreza była niesamowita. Chyba już o tym wspominałam, prawda? Za cenę konieczności zapłacenia za piwo jak w Europie przez jeden wieczór mogłam poczuć się jak prawdziwy VIP. Od momentu, kiedy Pan w garniaku otworzył przede mną drzwi od taksówki ciągle ktoś pilnował, żeby nam niczego nie brakowało. Dolewali nam piwa zanim się skończyło, podawali nam ogień jak tylko dotknęliśmy pudełka papierosów, torowali drogę przez tłum i pilnowali, żeby nam nie przeszkadzali natrętni czasem Wietnamczycy. Dziwnie się na początku czułam wśród tych eleganckich facetów i dziewczyn na wysokich obcasach i w krótkich spódniczkach - ja w butach trekkingowych, zwykłej koszulce i w spodniach, ale szybko mi przeszło. Naprawdę mogłam cieszyć się odrobiną luksusu w tym sporym klubie z głośną muzyką, parkietem tanecznym, laserowymi światłami i - ku uciesze oczywiście moich towarzyszy - dziewczynami tańczącymi na rurach. Żałuję, że nie miałam aparatu. Mam nadzieję, że Byrne kiedyś wrzuci swoje zdjęcia na fb :D A tym czasem na koniec tylko moje fotki moich towarzyszy. Ze specjalnymi tradycyjnymi już pozdrowieniami, które zapewne nigdy nie dotrą do adresatów ;)



Dlaczego napisałam, że zakochałam się tu w samotnych podróżach? No cóż, znacie mnie. Naprawdę uwielbiam poznawać nowych ludzi i zmieniać swoje plany z dnia na dzień i z godziny na godzinę. I nie muszę się z nikim liczyć ani nikogo nie pytać o zdanie... O tak, to niezależność, którą szczególnie mocno odczułam właśnie w Danang, dyskutując z właśnie poznanym Londyńczykiem o sensie życia...

1 komentarz: