Popularne posty

wtorek, 14 września 2010

HaNoi - szkoła przetrwania w wielkim mieście.




Myślicie że Warszawa jest zatłoczona, głośna i pełna życia?
Wydaje Wam się, że Kraków to miasto z charakterem?

Pozwólcie rozwiać swoje złudzenia...

Oto przed Wami: Stolica Państwa Cong Hoa Xa Hoi Chu Nghia Viet Nam (w wolnym tłumaczeniu Socjalistyczna Repulika Wietnamu) - Ha Noi

Zaczęło się od głębokiego postanowienia: jutro wstanę rano i jadę. Oczywiście gdyby nie dzwoniący z Polski o 4 nad ranem pan A., który obudził mnie o 9, to bym zaspała (dziękuję! ;) ). Ale podniosłam się i ruszyłam na autobus. Wiecie jakie jest podstawowe wyposażenie turysty w Wietnamie (takiego jak ja w sensie: nie znającego wietnamskiego)? Wcale nie wygodne buty, wcale nie zapas jedzenia i nie duży plecak. KARTKA I DŁUGOPIS. Powody są dwa. 1.: Mało kto tutaj gada po angielsku. 2.: Jak już ktoś zna angielski, to dla niego ogromną nobilitacją jest możliwość porozmawiania z cudzoziemcem. Dlatego nie tylko podejdzie i powie mniej lub bardziej łamaną angielszyzną "I'm so ashamed, but can I talk in english with you?" (dla nie znających angielskiego ponownie wolne tłumaczenie: "Jestem bardzo zawstydzony, ale czy mogę porozmawiać z Tobą po angielsku?"), ale również przybliży najważniejsze zabytki miasta i poda wszelkie niezbędne informacje dotyczące np. komunikacji. Po co do tego kartka i długopis? A spróbuj dwie godziny później powtórzyć po wietnamsku nie znającemu angielskiego kierowcy autobusu, że chcesz dojechać do Uniwersytetu Technicznego w Thai Nguyen...Zdecydowanie najłatwiej pozwolić sympatycznemu wietnamczykowi zapisać tę nazwę na kartce, a potem tylko pokazać komu trzeba. To samo się tyczy kupowania leków w aptece (nieszczęsna chrypka) i negocjowania cen na przydrożnym stoisku (nie krępujcie się - i tak najniższa cena będzie 3 razy wyższa od normalnej tylko dlatego że jesteśnie "z zagranicy").

Dwie przesympatyczne studentki stosunków międzynarodowych, które były "very shy"
A tak swoją drogą: autobusy całkiem nieźle przypominają europejskie. Nawet sympatycznie się jedzie gdyby nie to, że zimne nawiewy chodzą na najwyższych obrotach i jest zwyczajnie zimno. Ze skrajności w skrajność. Na zewnątrz 35 st, w autobusie 15 st. Czy ktoś się dziwi, że mam chrypkę?


Wracając do tematu. Ponieważ miałam tylko jeden dzień (jakoś jeszcze się bałam od razu na noc gdzieś po akademikiem zostawać) za cel obrałam sobie dwa miejsca w Ha Noi. Stare HaNoi znane również jako 36 Ulic (36 Pho Phung) oraz znajdujące się w pobliżu Jeziono Hoan Kiem (Zwróconego Miecza). Powtarzając za moim przewodnikiem (książkowym oczywiście): 
"Jezioro (...) nosi nazwę od pewnego wydarzenia, którego jakoby miało miejsce w XVw. Po błyskawicznym, pogromie chińskiej armii mingowskich najeźdźców cesarz Le Loi  (Le Thai To, panował w latach 1428-33) pływaj łodzą po jeziorze, kiedy z głębi wynurzył się złoty żółw, aby odebrać zaczarowany miecz, który zapewnił władcy zwycięztwo. Ta historia, podobna to legendy o królu Arturze i Eksakaliburze, utwierdza Wietnamczyków w przekonaniu, że w chwilach kryzysu mogą liczyć na boską interwencję. (...) Rzeczywiście żyją tutaj, a przynajmniej żyły wielkie żółwie. Okaz złowiony w 1968r. ważył podobno 250 kg; prawdopodobnie należał do jednej z azjatyckich odmian żółwi o miękkim pancerzu."
A teraz trochę z mojego punktu widzenia. Wietnamczycy mają to miejsce za bardzo romantyczne. Podczas mojego krótkiego spaceru minęłam po drodze kilkanaście par w ślubnych strojach robiących sobie zdjęcia. Bardzo podobał mi się fakt, że mimo iż biały kolor sukni może był przeważający, to widziałam również niebiesko-zielone, czerwone, żółte... Miejsce jest rzeczywiście piękne, tylko ja jakoś nie potrafiłam wyłączyć z postrzegania tej ulicy znajdującej się 10m za moimi plecami, z opisywanym już ulicznym wariactwem. Nie bardzo wiem, jak można zanurzyć się w romantycznej atmosferze w tym smogu i hałasie. Na wysepce na jeziorze znajduje się niewielka i dość mocna zniszczona wieżyczka upamiętniająca wspomnianego już żółwia. Tego samego żółwia można znaleźć w Świątyni Jadeitowej Góry znajdującej się w północno-wschodniej części parku. Wietnamczycy czczą tam XIII - wiecznego bohatera Tran Hung Dao, geniusza sztuk walki Quan Vu i lekarza La To. wyspę łączy z wybrzeżem naprawdę ładny, czerwony i łukowaty most Słonecznego Promienia (The Huc). Wszystko to razem robi niesamowite wrażenie. W świątyni bogactwo barw, zdobień i złoceń jest ogromne. Poniżej znajdziecie zdjęcia, ale to nijak nie oddaje całej tej niesamowitej atmosfery. Nasycenie czerwieni, odcieni żółci, pomarańczy, złota aż zapiera dech w piersiach. Dzięki temu, że znajdujemy się z dala od ulicy pośród drzew rzeczywiście panuje tu spokój. A zapach palonych kadzideł dodatkowo dodaje magii temu miejscu. To jedno z takich miejsc, które się nie tylko zwiedza, ale chłonie całym sobą.





Tak odpoczywają Wietnamczycy nad jeziorem. 


Most Słonecznego Promienia
Spacerowiczka

Brama do Świątyni (jedna z wielu bram, które do niej prowadzą)





To miejsce sprzyja romantycznym wypadom ;)
Waleczny żółw







Naprawdę dużo osób przychodzi tu się modlić. To kraj mocno przywiązany do tradycji przodków.

Ale po chwili zadumy wracamy do rzeczywistości. Już tylko kilka kroków nas dzieli od Starego Hanoi. To również takie miejsce, którego opisać się nie da. Atmosferę trzeba poczuć. Ale musimy się szybko przestawić na szybkie reagowanie. Tutaj wszyscy się spieszą. Ma się wrażenie, że wśród tych ciasnych, niezliczonych (chociaż podobno jak nazwa wskazuje jest ich 36) znajduje się tyle ludzi, że Gdańsk nie byłby w stanie ich pomieścić. Poszczególne uliczki zajęte są przez różnych rzemieślników. Dlatego jest uliczka, gdzie znajdziemy tylko wyroby z bambusa, albo tylko metalowe (produkty wytwarzane są na środku ulicy praktycznie, na oczach wszystkich). Ale największe wrażenie robią stoiska z lampionami. Oaza koloru w szarym otoczeniu.

Ma się wrażenie, że miasto jest szare i brudne. Ciężko przebić się przez hałas, smog, kurz, dziurawe drogi i gruz leżący na chodnikach. Ale gdy wytężyć wzrok, podnieść głowę, to można dojrzeć dawne ślady świetności. Dzisiaj zasłonięte przez plątaninę kabli elektrycznych, przysłonięte zanieczyszczeniami i drzewami, ale gdzieś tam czekające na swój Powrót W Wielkim Stylu...




Tradycyjny i bardzo popularny sposób przenoszenia wszelkich towarów.








Wycieczkę czas kończyć, ale jeszcze na pewno tu wrócę. To tylko 70 km, a więc 2 godziny jazdy zimnym autobusem w towarzystwie jakiegoś Wietnamczyka szkolącego na Tobie swój angielski. Nawet wiem kiedy tu wrócę ;) Oto krótka historia powstania miasta (znowu za przewodnikiem).

"Początki wielkości HaNoi wiążą się z postacią Ly Cong Uana, sieroty wychowywanego w świątyni, a następnie szybko awansującego w gwardii pałacowej aż do rangi dowódcy. W 1010r., w 4 lata po śemirci cesarza Le Hoana, Ly Cong Uan wstąpił na tron i dał początek 200-letniemu panowaniu dynastii Ly. Przeniósł stolice z Hoa Lu do Dai La, które nazwał Thang Long (Wznoszący się Smok), czyli obecnego HaNoi."

Zauważyliście zbieżność dat? 10. października w HaNoi odbywa się Wielka Feta z okazji 1000-lecia miasta. Już nie mogę się doczekać ;)

Król ;)
Ta rzeźba znajduje się koło jeziora na przeciwko rzeźby króla... Czyżby Wietnamczycy chcieli opanować Świat? A przynajmniej jedną jego półkulę?
Mam nadzieję, że tym razem się nie zgubię. No bo oczywiście Agnieszka gapa nawet wsiadła do dobrego autobusu, tylko jadącego w złą stronę. No ale chyba czuwał nade mną duch Ly Cong Uana, bo wysiadłam akurat na czymś w rodzaju dworca PKS, gdzie bez problemu znalazłam autobus do Thai Nguyen... ;)

Na koniec ciekawostka. Dookoła HaNoi płynie Czerwona Rzeka (Hong Ha). Zgadnijcie jaki ma kolor? :P

Przecież to oczywiste, że niebieski ;)

PS. Mam nadzieję, że już nikt dzisiaj nie będzie narzekał na za małą ilość zdjęć ;)

9 komentarzy:

  1. kable elektroniczne???

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetny materiał :)
    Widać, że się tam nie nudzisz :)

    OdpowiedzUsuń
  3. oj kable elektryczne oczywiście. Pomyłka, już poprawione. ;)

    Dzięki Marcin za słowa uznania ;) W sumie to się trochę nudzę, bo jeszcze nie wiem jak będę pracować, więc siedzę teraz w akademiku. Ale już niedługo... ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Pięknie opisujesz i świetnie, że zrobiłaś tego bloga czuje sie jak bym tam był z Tobą całuski córeczko :)

    OdpowiedzUsuń
  5. hej Aga:)
    u Ciebie pewnie już noc.. ale z tego co wiem po dobranocce spać się nie kładziesz!:) fascynujące zdjęcia i opisy!!
    czekam na Twoje zdjęcia z nowymi znajomymi i na tle tego bajecznego miejsca
    ściskam...

    OdpowiedzUsuń
  6. Hej Madziu!
    No nie da się ukryć, ze już noc, ale wypiłam taką kawę, że nie zasnę do 8 rano :P Po dobranocce jeszcze nie chodzę spać, ale życie towarzyskie tu tak "kwitnie", że pewnie nie długo zacznę :P Dziękuję pięknie za słowa uznania, to bardzo miłe! Całusy :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Wietnamskie autobusy zawstydziły PKSy... ;-) pozdrowienia babo! :*

    OdpowiedzUsuń
  8. Aga i to właśnie jest Twoja misja... "życie towarzyskie" w Wietnamie;) Coś czuję, iż za Twoją sprawą tam może się jeszcze dużo zmienić;)hehe
    buuusi łap!!

    OdpowiedzUsuń